Raport o stanie miasta, czyli jak Zielona Góra opowiada sama sobie, że wszystko jest procesem

Raport o stanie miasta powinien być dokumentem, który pozwala mieszkańcom zobaczyć miasto takie, jakie jest naprawdę: z sukcesami, problemami, kosztami, napięciami, błędami, ryzykami i sprawami, które wymagają decyzji politycznych. Powinien być narzędziem rozmowy o mieście, a nie elegancko sformatowanym rytuałem administracyjnego samozadowolenia.

Tymczasem raport o stanie Zielonej Góry za 2025 rok przypomina dokument napisany w taki sposób, aby czytelnicy odnieśli wrażenie, że dużo się działo, wiele rozpoczęto, sporo kontynuowano, coś złożono, coś uzyskano, coś przygotowano, coś aktualizowano.

I oczywiście wszystko zmierza ku lepszemu, bo przecież żaden raport samorządowy nie może po prostu powiedzieć, że tu mamy problem, tu nie dowieźliśmy, tu system trzeszczy, a tu sami nie wiemy, co dalej. Na papierze raport wygląda okazale. Jest wstęp prezydenta, są strategie, programy, usługi publiczne, finanse, inwestycje i realizacja uchwał Rady Miasta. Jest spis treści, jest struktura, są dane, są kwoty, są tabele, są nazwy programów, są inwestycje, są fundusze unijne, KPO, ZIT, strategie ponadlokalne, rewitalizacje, budżet obywatelski, pomoc społeczna, oświata, kultura, sport, transport i uchwały. Gdyby o stanie miasta decydowała objętość dokumentu i liczba użytych nazw własnych, Zielona Góra mogłaby już ogłosić małe administracyjne zwycięstwo.

Problem w tym, że raport o stanie miasta nie powinien być wyłącznie katalogiem aktywności urzędu. Powinien być raczej oceną stanu miasta. Dodajmy: rzetelną oceną.

Okazuje się jednak, jak udowadnia raport o stanie miasta Zielonej Góry, że aktywności i działania urzędników wystarczy połączyć zszywaczem. Wstęp prezydenta ustawia ton dokumentu bardzo jasno: raport ma być szczegółowym podsumowaniem działań samorządu, efektem wspólnej pracy urzędników, radnych i mieszkańców, a także materiałem, który pozwoli ocenić skuteczność wspólnych starań o lepszą jakość życia w Zielonej Górze. Brzmi dobrze. Nawet bardzo dobrze.

Tyle że później zaczyna coś zgrzytać: raport mówi bardzo dużo o tym, co robiono, ale znacznie mniej o tym, co z tego realnie wynika. Mówi, że działania były prowadzone, projekty realizowane, dokumenty aktualizowane, wnioski składane, dofinansowania uzyskiwane, rady reaktywowane, biura powoływane, programy kontynuowane. Ale rzadziej już mówi: jaki był efekt, kto skorzystał, kto nie skorzystał, czego zabrakło, co się nie udało, jaki był koszt alternatywny i jakie ryzyko zostaje na kolejne lata.

To jest podstawowa słabość raportu. Nie brak danych, bo danych jest sporo. Problemem jest brak konsekwentnej analizy. Raport często daje mieszkańcowi surowiec, ale nie daje narzędzia do jego zrozumienia. Podaje liczby, ale nie zawsze pokazuje trend. Podaje działania, ale nie zawsze pokazuje rezultat. Podaje programy, ale nie zawsze pokazuje stopień realizacji celów. Podaje inwestycje, ale nie zawsze pokazuje priorytety, opóźnienia, ryzyka i konsekwencje dla budżetu. To trochę tak, jakby restauracja podała klientowi mąkę, wodę, drożdże i pomidory, a potem z dumą oznajmiła, że pizza została dostarczona.

Pierwsza część raportu, dotycząca realizacji polityk, programów i strategii, jest dobrym przykładem tej metody. Strategia Rozwoju Miasta na lata 2023-2030 została rozpisana według czterech celów strategicznych: „Miasto wyraziste”, „Wspólne miasto”, „Miasto w dobrym klimacie” i „Dobra praca – miasto nowoczesnego biznesu”. Nazwy są ładne, gładkie i wdzięczne medialnie. W praktyce raport dopisuje do nich długą listę działań: współpraca z Uniwersytetem Zielonogórskim, ZIBI, UrbanLab, Młodzieżowa Rada Miasta, Zielonogórska Rada Seniorów, Plan Ogólny, ofensywa drogowa, nowe nasadzenia, projekty komunikacyjne, ITS, strefy inwestycyjne, kultura, winiarstwo, rewitalizacja, enoturystyka. Wszystko to razem tworzy obraz miasta dynamicznego, aktywnego, wielowątkowego. Ale aktywność sama w sobie nie jest jeszcze skutecznością.

Najbardziej charakterystyczny jest cel „Zarządzamy razem – nic o nas bez nas”. Raport wskazuje tu UrbanLab, reaktywację rad doradczych, pełnomocnika ds. organizacji pozarządowych, miękkie projekty w budżecie obywatelskim, Naradę Obywatelską i Biuro Partycypacji Społecznej. Brzmi jak katalog partycypacyjnego przebudzenia. Ale podstawowe pytanie brzmi: jaki realny wpływ mieszkańcy uzyskali na decyzje? Ile zgłoszonych uwag uwzględniono? Ile odrzucono i dlaczego? Jakie decyzje zmieniły się dzięki konsultacjom? Czy rady doradcze są narzędziem wpływu, czy eleganckim dodatkiem do miejskiej scenografii? Czy UrbanLab jest miejscem realnej współpracy, czy dobrze brzmiącym szyldem? Raport nie daje na to twardej odpowiedzi. Daje tylko narrację o partycypacji, ale nie ma audytu partycypacji.

To jest wbrew pozorom ważne, bo raport o stanie miasta nie jest broszurą promocyjną. Jest podstawą debaty nad działalnością prezydenta. Jeśli miasto pisze „nic o nas bez nas”, to powinno pokazać nie tylko, że mieszkańcy mogli mówić, ale też czy ktokolwiek ich realnie słuchał. Bez tego partycypacja staje się miejskim odpowiednikiem przycisku w windzie, który nie jest podłączony, ale daje człowiekowi chwilowe poczucie sprawczości.

Podobny mechanizm widać w części środowiskowej. Miasto opisuje Program Ochrony Środowiska, Plan Adaptacji do zmian klimatu, działania antysmogowe, dotacje do wymiany źródeł ogrzewania, program Czyste Powietrze, zieleń, retencję, niską emisję i transport. Pojawiają się konkretne liczby: w 2025 roku złożono 38 wniosków o dofinansowanie zmiany systemu ogrzewania, zawarto 34 umowy na ponad 522 tys. zł, a w ramach Czystego Powietrza przygotowano 125 wniosków. Raport wskazuje też poprawę klasyfikacji jakości powietrza. To są informacje istotne i nie należy ich lekceważyć. Ale jednocześnie dokument nie pokazuje w wystarczającym stopniu napięcia między polityką klimatyczną a polityką inwestycyjną. Zielona Góra lubi mówić o zieleni, adaptacji, wodzie i klimacie, ale raport nie rozbraja konfliktów, które mieszkańcy widzą w realnym mieście: presji inwestycyjnej, rozbudowy dróg, sporów o tereny zielone, jakości konsultacji przy planowaniu przestrzennym, wpływu inwestycji na przyrodę i retencję. Hasło „Miasto w dobrym klimacie” jest nośne, ale dobry klimat nie powstaje od powtarzania słowa „retencja” w dokumentach strategicznych. Powstaje wtedy, gdy decyzje przestrzenne, transportowe i inwestycyjne są podporządkowane temu celowi także wtedy, gdy jest to politycznie niewygodne.

Raport mocno eksponuje projekty, dofinansowania i przygotowania. To zrozumiałe, bo miasto funkcjonuje w realiach funduszy europejskich, KPO, ZIT i strategii ponadlokalnych. Widać to szczególnie przy Zielonogórsko-Nowosolskim Obszarze Funkcjonalnym. Są aktualizacje strategii, opinie instytucji zarządzających, dziesiątki milionów euro i złotych, projekty rowerowe, edukacyjne, turystyczne, komunikacyjne, przedszkolne, infrastrukturalne. Wszystko to świadczy o dużej aktywności projektowej. Ale właśnie tu pojawia się pytanie: czy miasto ma własną hierarchię potrzeb, czy po prostu płynie za dostępnymi konkursami i programami? Dofinansowanie nie jest samo w sobie strategią. Jest narzędziem. Miasto może zdobywać pieniądze na wiele rzeczy, ale mieszkańcy mają prawo wiedzieć, które z tych rzeczy są naprawdę najważniejsze, które rozwiązują najpilniejsze problemy, a które są atrakcyjne, bo akurat pojawiła się możliwość finansowania. Raport pokazuje, że Zielona Góra jest sprawna w świecie projektów. Ale niestety słabo pokazuje, czy ta sprawność przekłada się na spójną wizję rozwoju.

Najciekawiej się robi tam, gdzie najmocniej raport zaczyna mówić prawdę o mieście. Tam, gdzie kończy się język strategii, a zaczynają się usługi publiczne.

Pomoc społeczna jest jednym z tych miejsc, w których dokument przestaje być tylko bajką o aktywności i zaczyna pokazywać ciężar codziennego funkcjonowania miasta.

Pomocą społeczną objęto 6 196 osób w 3 856 rodzinach. To nie jest margines życia miejskiego. To jest duży fragment społecznej rzeczywistości Zielonej Góry. Szczególnie mocna jest tabela jednostek pomocy społecznej, w której zestawiono liczbę miejsc i liczbę osób korzystających. Dom Pomocy Społecznej przy ul. Słowackiego: 68 miejsc i 92 osoby korzystające. DPS dla Kombatantów: 136 miejsc i 187 osób. Środowiskowe Domy Samopomocy: 25 miejsc i 30 osób, 30 miejsc i 33 osoby, 35 miejsc i 37 osób. Dzienny Dom Senior-Wigor: 46 miejsc i 68 osób. Dzienny Dom Senior+ przy Reja: 22 miejsca i 26 osób. Dzienny Dom Senior+ w Starym Kisielinie: 30 miejsc i 44 osoby. Ośrodek Interwencji Kryzysowej: 8 miejsc i 24 osoby. Noclegownia: 100 miejsc i 275 osób. Schronisko dla Bezdomnych Mężczyzn: 25 miejsc i 49 osób. Łaźnia i ogrzewalnia: 15 miejsc i 127 osób. Dom Samotnej Matki: 20 miejsc i 25 osób. Centrum Integracji Społecznej: 50 miejsc i 99 osób. Izba Wytrzeźwień: 21 miejsc i 1 941 osób korzystających. To jest jedna z najważniejszych tabel w całym raporcie. I właśnie ona wymaga wyjaśnienia, którego raport wprost nie daje.

Oczywiście liczba miejsc nie zawsze oznacza limit roczny. W wielu placówkach działa rotacja, jedni użytkownicy korzystają krótko, inni dłużej, część usług ma charakter dzienny, interwencyjny albo epizodyczny. Nie można więc automatycznie powiedzieć, że każda placówka była fizycznie „przepełniona” każdego dnia. Ale właśnie dlatego raport powinien to jasno wyjaśniać. Powinien pokazać obłożenie, rotację, liczbę odmów, liczbę osób oczekujących, przeciętny czas korzystania, sezonowość i realne zapotrzebowanie. Bez tego mieszkaniec dostaje liczby, które wyglądają jak czerwony alarm, a raport zachowuje się, jakby podał zwykłą tabelę techniczną.

Najbardziej z tego wszystkiego krzyczy Izba Wytrzeźwień: 21 miejsc i 1 941 osób korzystających. To nie jest drobna informacja na marginesie. To jest sygnał społeczny, zdrowotny i porządkowy. Jeśli prawie dwa tysiące osób korzysta w ciągu roku z takiej placówki, to trzeba pytać nie tylko o pojemność, ale o przyczyny, profil osób, powtarzalność pobytów, współpracę z pomocą społeczną, ochroną zdrowia, policją, strażą miejską i organizacjami pomocowymi. Izba Wytrzeźwień nie jest statystyką z innej obcej nam planety. Jest termometrem pewnego problemu społecznego. A raport pokazuje temperaturę, po czym nie sprawdza, czy pacjent ma gorączkę.

Podobnie jest z bezdomnością i interwencją kryzysową. Noclegownia z 100 miejscami i 275 osobami korzystającymi, schronisko z 25 miejscami i 49 osobami, ogrzewalnia i łaźnia z 15 miejscami i 127 osobami, Ośrodek Interwencji Kryzysowej z 8 miejscami i 24 osobami. To wszystko pokazuje, że system działa rotacyjnie i jest obciążony. Ale czy miejsc jest wystarczająco? Czy są odmowy? Czy ludzie wychodzą z bezdomności, czy krążą między usługami? Czy centrum miasta i sołectwa mają podobny dostęp do pomocy? Czy kadry wytrzymują? Czy finansowanie jest stabilne? Raport nie daje niestety diagnozy. Daje spis. A spis w polityce społecznej to za mało, bo za każdą liczbą stoi człowiek, którego nie da się obsłużyć formułką „realizowano zadanie”.

W części senioralnej widać podobne napięcie między instytucją a wpływem. Reaktywowano Zielonogórską Radę Seniorów, powołano 15 członków, odbyło się 6 posiedzeń, przyjęto 9 uchwał. Dobrze. Ale co z tego wynikło? Które rekomendacje wdrożono? Które odrzucono? Czy rada seniorów ma realny wpływ na transport, zdrowie, przestrzeń publiczną, usługi opiekuńcze i mieszkalnictwo? Raport milczy albo mówi za mało.

A bez tego wszystkiego rada może być albo narzędziem sprawczości, albo ozdobnym organem doradczym do pokazywania w prezentacjach.

Oświata w raporcie wygląda na mocniejszy punkt miasta. Wyniki egzaminu ósmoklasisty są powyżej średniej krajowej i wojewódzkiej: język polski, matematyka i angielski wypadają w Zielonej Górze dobrze na tle szerszego otoczenia. To warto odnotować. Ale średnia miejska nie kończy rozmowy. Tabele pokazują duże różnice między placówkami. Są szkoły z bardzo wysokimi wynikami, są też miejsca znacznie słabsze. I tu raport powinien wejść głębiej: gdzie są nierówności, jakie są przyczyny, jak działa wsparcie, czy są różnice między centrum, osiedlami i sołectwami, jak wygląda sytuacja dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, jakie są braki kadrowe, lokalowe i psychologiczne. Tymczasem dokument w dużej mierze prezentuje wyniki i programy, ale nie buduje z nich diagnozy systemowej.

Finanse są prawdopodobnie najważniejszym politycznie fragmentem raportu, bo każda narracja o rozwoju musi w końcu spotkać się z rachunkiem ekonomicznym. A rachunek jest niewygodny.

Dochody miasta wykonano na poziomie około 1,598 mld zł, wydatki na poziomie około 1,739 mld zł, a deficyt budżetowy wyniósł ponad 140,5 mln zł. Jeszcze ważniejsza jest różnica między dochodami bieżącymi i wydatkami bieżącymi: minus 41 mln zł. Minus! To jest bardzo poważny sygnał. Miasto może tłumaczyć, że po uwzględnieniu wolnych środków i niewykorzystanych środków wynik operacyjny jest dodatni. Formalnie tak. Ale politycznie i zarządczo ujemna relacja dochodów bieżących do wydatków bieżących pokazuje presję na bieżące funkcjonowanie miasta. To jest punkt, w którym raport powinien przestać mówić językiem księgowej neutralności, a zacząć mówić językiem odpowiedzialności. Czy wydatki bieżące są trwale zbyt wysokie wobec dochodów? Czy miasto ma plan naprawy równowagi operacyjnej? Które koszty rosną najszybciej? Ile kosztuje obsługa długu? Jakie ryzyko niosą nowe zobowiązania? Jak długo można finansować rozwój przy takiej strukturze budżetu? I znów.. raport podaje liczby, ale nie prowadzi mieszkańca przez ich konsekwencje. Nie daje odpowiedzi na tak postawione pytania, a przecież zwykły mieszkaniec ma prawo wiedzieć, czy miasto inwestuje z pozycji siły, czy z pozycji coraz ciaśniejszego budżetowego kołnierza.

Dług miasta wyniósł na koniec 2025 roku ponad 774 mln zł. Wzrost zobowiązań, nowe pożyczki, w tym długoterminowe zobowiązania sięgające spłaty do lat 2045 i 2048, przedterminowe spłaty części zobowiązań, brak zobowiązań wymagalnych, ale wysoki poziom należności wymagalnych. To wszystko składa się na obraz miasta, które formalnie zachowuje zdolność finansową, ale operuje przy wysokiej presji. To nie jest jeszcze alarm katastroficzny. To jest raczej żółte światło. Problem w tym, że raport zachowuje się tak, jakby żółte światło było tylko ładnie świecącą lampką choinkową.

Bardzo ciekawie wygląda też polityka podatkowa. Skutki obniżenia górnych stawek podatkowych wyniosły ponad 25,5 mln zł, w tym największa część dotyczyła podatku od środków transportowych. Do tego dochodzą ulgi i zwolnienia. To są decyzje polityczne, nie meteorologia. Miasto rezygnuje z części potencjalnych dochodów i ma do tego prawo. Ale raport powinien wyjaśnić, co miasto dostaje w zamian. Czy niższe stawki wspierają lokalną gospodarkę? Czy przyciągają firmy? Czy poprawiają konkurencyjność? Czy są społecznie uzasadnione? Czy w sytuacji deficytu operacyjnego nadal są racjonalne? Bez takiej analizy mamy tylko liczbę utraconych dochodów i ciszę wokół skutków. Czy raport odpowiada na te pytania? Powinien. Bo cisza w finansach publicznych bywa bardzo kosztowna.

Budżet obywatelski w raporcie wygląda poprawnie statystycznie: pięć okręgów, po 1,62 mln zł każdy, limit projektu 810 tys. zł, 10 598 głosujących, 45 tys. głosów, 29 zadań do realizacji. To brzmi jak partycypacyjny sukces. Ale znów brakuje tego, co najważniejsze: ilu mieszkańców realnie mogło głosować, jaka była frekwencja, ile projektów odrzucono, z jakich powodów, ile zadań z poprzednich edycji zrealizowano terminowo, gdzie są spory, jakie są kryteria weryfikacji i czy mieszkańcy ufają procedurze. Budżet obywatelski to nie tylko głosowanie. To cały proces, od zgłoszenia projektu po jego realizację. Raport pokazuje finał, ale za mało mówi o kuchni. A to właśnie w kuchni najczęściej wypala się partycypacja w niszczącym ogniu formalności i procedur.

Idźmy dalej. Inwestycje są w raporcie przedstawione są szeroko i z rozmachem: drogi, ITS, obwodnice, rewitalizacja, szkoły, termomodernizacja, hale sportowe, bezpieczeństwo, administracja, budynki, samochody, sprzęt, projekty i dokumentacje. Można z tego wyciągnąć obraz miasta inwestującego, korzystającego ze środków zewnętrznych i próbującego modernizować infrastrukturę. Ładny katalog do broszurki reklamowej, ale brakuje jasnej hierarchii: co jest najważniejsze, co jest konieczne, co jest politycznym symbolem, co jest ryzykiem, co generuje koszty utrzymania, co rozwiązuje problem mieszkańców, a co tylko dobrze wygląda w komunikacie. Czy raport daje odpowiedzi na te pytania? Wątpliwe.

Szczególnie ostrożnie trzeba czytać część transportową. Raport wpisuje różne działania w cel „Wysiadamy z samochodów”: nowe linie, ścieżki rowerowe, ITS, buspasy, pętle autobusowe, tabor, ale także rozbudowę układu drogowego. Nie wszystko, co ma w opisie transport, automatycznie zmniejsza zależność od samochodu. Czasem rozbudowa infrastruktury drogowej wzmacnia ruch samochodowy, nawet jeśli obok pojawia się kilka elementów rowerowych i autobusowych. Raport powinien jasno rozdzielać inwestycje protransportowe, prodrogowe, proklimatyczne i kompensacyjne. W obecnej formie wszystko trafia do jednego worka „poprawiamy komunikację”. Worek jest pojemny, ale przez to mało uczciwy analitycznie.

Część kulturalna jest obszerna, aktywna i efektowna. Mamy Radę Kultury, przygotowania do strategii kultury, BWA, amfiteatr, piwnice winiarskie, Winobranie, wydarzenia, bibliotekę, muzeum, domy kultury, sport i stowarzyszenia. Biblioteka podaje konkretne dane o czytelnikach, odwiedzinach, wypożyczeniach i informacjach. To dobry materiał. Ale podobnie jak w innych częściach, brakuje porównania do lat poprzednich i oceny dostępności kultury poza centrum, dla seniorów, młodzieży, osób z niepełnosprawnościami, mieszkańców sołectw, rodzin o niższych dochodach. Kultura w raporcie jest wydarzeniowa i instytucjonalna. Mniej jest pytania, kto z niej realnie korzysta i kto zostaje poza jej zasięgiem.

Na końcu raportu znajduje się realizacja uchwał Rady Miasta. To ważne, bo raport o stanie miasta powinien rozliczać organ wykonawczy również z wykonywania decyzji rady. Tabela uchwał jest potrzebna, ale w obecnej formie działa raczej jak rejestr niż analiza. Mieszkaniec dowiaduje się, że uchwały są obowiązujące, zrealizowane lub w toku, ale nie dostaje syntetycznego obrazu: które uchwały były strategiczne, które generowały koszty, które napotkały problemy, które wymagają kontroli, które mają opóźnienia i które zmieniły realnie życie mieszkańców. Rejestr uchwał to nie jest jeszcze rozliczenie polityczne. To dopiero surowiec.

I wreszcie sprawa dostępności samego raportu. To nie jest techniczny dodatek, tylko sprawa zasadnicza. Raport ma służyć debacie mieszkańców. Jeśli dokument ma ponad sto stron, jest pełen tabel, danych liczbowych, nazw programów, języka urzędowego i wykazów, to jego publikacja w BIP nie oznacza jeszcze, że jest realnie dostępny. Brak prostego streszczenia, brak wersji ETR, problemy z tabelami, dokumentem i strukturą nie są fanaberią. To jest pytanie o to, czy miasto traktuje mieszkańców jako realnych uczestników debaty, czy jako publiczność, której wrzuca się ciężki dokument i mówi: proszę bardzo, przecież opublikowane.

Największy paradoks polega na tym, że raport we wstępie mówi o wspólnej pracy mieszkańców i o ocenie skuteczności działań miasta, ale sam w swojej formie nie ułatwia mieszkańcowi tej oceny. To jest dokument dla cierpliwego czytelnika, najlepiej z doświadczeniem w administracji, finansach publicznych i samorządowej nowomowie. Dla zwykłego mieszkańca, seniora, osoby słabowidzącej, osoby z trudnościami poznawczymi albo kogoś, kto po prostu chce szybko zrozumieć najważniejsze sprawy miasta, dokument jest ciężki i mało przyjazny. A przecież raport do debaty publicznej powinien mieć warstwę prostą: najważniejsze liczby, najważniejsze sukcesy,najważniejsze problemy i najważniejsze ryzyka, najważniejsze decyzje przed miastem. Nie zamiast pełnego raportu, ale obok niego.

W efekcie raport o stanie Zielonej Góry za 2025 rok jest dokumentem jednocześnie użytecznym i niewystarczającym. Użytecznym, bo zawiera dużo danych, nazw, kwot, działań i informacji, które można analizować. Niewystarczającym, bo zbyt rzadko sam siebie analizuje. Jest bardziej mapą aktywności urzędu niż diagnozą stanu miasta. Bardziej katalogiem tego, co robiono, niż uczciwą rozmową o tym, co działa, co nie działa, co jest przeciążone, co wymaga naprawy i gdzie kończy się propaganda sukcesu.

Jeszcze poważniejszy problem polega na tym, że raport za 2025 rok nie buduje wyraźnej, konsekwentnej perspektywy porównawczej wobec raportów z lat wcześniejszych. A przecież bez porównania rok do roku trudno mówić o realnej ocenie stanu miasta. Sama liczba, nawet bardzo dokładna, niewiele znaczy, jeśli mieszkaniec nie widzi, czy dany wskaźnik rośnie, spada, stoi w miejscu, czy może od kilku lat świeci na czerwono, tylko nikt nie ma ochoty tego nazwać. Raport powinien pokazywać trendy: jak zmienia się zadłużenie, deficyt operacyjny, liczba osób korzystających z pomocy społecznej, obłożenie placówek, liczba uczestników konsultacji, frekwencja w budżecie obywatelskim, wyniki szkół, koszty inwestycji, liczba zadań opóźnionych, skala należności wymagalnych i efekty programów miejskich. Tymczasem bardzo często dostajemy obraz punktowy: rok 2025 jako osobna plansza. A miasto nie jest planszą. Miasto jest procesem.

Brak porównania z poprzednimi raportami jest wygodny dla urzędu, ale niekorzystny dla mieszkańców. Pozwala pokazać aktywność bez pokazania kierunku. Można wtedy napisać, że coś realizowano, coś kontynuowano, coś dofinansowano i coś zaktualizowano, ale trudniej zapytać, czy po kilku latach tych działań sytuacja faktycznie się poprawiła. Raport bez porównań jest bezpieczny jak urzędowa herbata: ciepły, nijaki i niegroźny. Tyle że dokument do debaty publicznej nie powinien być bezpieczny dla władzy. Powinien być użyteczny dla mieszkańców.

Jakie mamy zatem najbardziej niepokojące wnioski z raportu?

Po pierwsze, miasto działa intensywnie projektowo i inwestycyjnie, ale jego finanse bieżące są pod presją. Deficyt operacyjny nie jest detalem księgowym. Jest sygnałem, że koszty codziennego funkcjonowania miasta zaczynają wyprzedzać jego bieżące możliwości dochodowe.

Po drugie, system usług społecznych jest obciążony. Dane o placówkach, liczbie miejsc i osobach korzystających wymagają bardzo poważnego komentarza, którego raport nie dostarcza. Jeśli miasto chce mówić o jakości życia, musi mówić też o przeciążeniu pomocy społecznej, bezdomności, interwencji kryzysowej, seniorach i osobach zależnych.

Po trzecie, partycypacja i dostępność są w raporcie bardziej deklaracją niż standardem. Mieszkańcy mają być współautorami miasta, ale nie dostają wystarczająco jasnego narzędzia do sprawdzenia, czy ich głos zmienia decyzje. Mają debatować nad raportem, ale sam raport nie jest napisany tak, by szeroko i łatwo wciągać mieszkańców do rozmowy.

Po czwarte, raport nie daje mieszkańcom wystarczająco mocnego porównania z poprzednimi latami. A bez tego trudno ocenić, czy Zielona Góra rzeczywiście idzie do przodu, drepcze w miejscu, czy tylko administracyjnie opisuje własny ruch.

Raport o stanie miasta powinien pokazywać nie tylko stan na dziś, ale także zmianę: względem roku poprzedniego, względem początku kadencji, względem celów strategicznych i względem obietnic składanych mieszkańcom. Inaczej zamiast diagnozy dostajemy urzędową fotografię jednego momentu, zrobioną pod takim kątem, żeby jak najmniej było widać pęknięcia.

Dlatego uczciwie oceniam ten raport w sposób następujący:

Raport jest dobrym materiałem źródłowym, ale słabym narzędziem debaty publicznej. Pokazuje miasto aktywne, ale niekoniecznie pokazuje miasto rozliczone. Pokazuje działania, ale nie zawsze skutki. Pokazuje finanse, ale nie wyciąga z nich politycznej odpowiedzialności. Pokazuje pomoc społeczną, ale nie diagnozuje jej przeciążenia. Pokazuje partycypację, ale nie mierzy wpływu mieszkańców. Pokazuje inwestycje, ale nie porządkuje priorytetów. Pokazuje dokument, ale nie daje mieszkańcom jego prostego klucza. I wreszcie: pokazuje rok 2025, ale zbyt słabo pokazuje, co ten rok oznacza na tle lat poprzednich.

A przecież raport o stanie miasta powinien być właśnie kluczem. Nie zamkiem. Nie sejfem. Nie stustronicową próbą cierpliwości.

Raport powinien być wytrychem do rozmowy o tym, gdzie Zielona Góra naprawdę jest po 2025 roku i jak to miejsce wygląda w porównaniu z poprzednimi latami.

Bo miasto nie jest w dobrym stanie dlatego, że raport dobrze brzmi. Miasto jest w dobrym stanie wtedy, gdy mieszkańcy mogą zrozumieć, co się z nim dzieje, sprawdzić, czy sytuacja się poprawia czy pogarsza, zadać władzy niewygodne pytania i otrzymać odpowiedzi lepsze niż „dołożono wszelkich starań”.

A jeśli raport trzeba najpierw rozbroić jak dokument strategiczny znaleziony w piwnicy urzędu, a potem jeszcze samodzielnie porównywać go z poprzednimi latami, żeby wydobyć z niego sens, to znaczy, że problemem nie jest tylko stan miasta. Problemem jest także stan rozmowy o mieście.