Raport o stanie miasta powinien być jednym z najważniejszych dokumentów w lokalnej demokracji, nie dlatego, że tak sobie wymyślił ustawodawca.
Raport powinien być ważny dlatego, że jest podstawą debaty o tym, co w mieście działa, co nie działa, co kosztuje za dużo, co się udało, co się nie udało, gdzie są ryzyka i gdzie władza próbuje zagadać rzeczywistość językiem „realizowano”, „kontynuowano” i „podjęto działania”.
W teorii raport o stanie miasta to narzędzie kontroli. W praktyce bardzo często jednak staje się narzędziem przetrwania. Przetrwania urzędu w debacie, przetrwania prezydenta w dyskusji o absolutorium i wotum zaufania, przetrwania mieszkańca, który próbuje przebrnąć przez dokument napisany tak, jakby jego głównym odbiorcą był nie człowiek, lecz drukarka w trybie dwustronnym.
Zielonogórski raport o stanie miasta za 2025 rok jest dokumentem obszernym. Ma ponad sto stron. Obejmuje strategie, programy, usługi publiczne, pomoc społeczną, oświatę, kulturę, sport, finanse, inwestycje i realizację uchwał Rady Miasta. Już sam spis treści wygląda jak mapa labiryntu, w którym przy wejściu nikt nie daje latarki, tylko mówi: „proszę iść, wszystko jest przecież opublikowane”.
To jest bardzo charakterystyczne podejście administracji do jawności i dostępności, bo jeśli coś leży w BIP-ie, to znaczy, że obywatel ma dostęp. A jeśli obywatel nie rozumie, nie widzi, nie może wygodnie przeczytać, nie odnajduje najważniejszych informacji albo potrzebuje prostszego opracowania, to najwyraźniej obywatel nie docenił dobrodziejstwa publikacji.
Tymczasem dostępność nie polega na tym, że dokument istnieje. Dostępność polega na tym, że można z niego realnie skorzystać. To zdanie powinno wisieć nad każdym miejskim BIP-em, najlepiej wielkimi literami. Może nawet obok przycisku „Ustawienia dostępności”, który ostatnio nagle stał się modny niczym parasol po pierwszym deszczu. Tylko że przycisk, kafelek, ikonka, deklaracja i link nie rozwiążą problemu, jeśli sam dokument jest przygotowany tak, że mieszkaniec musi walczyć nie tylko z treścią, ale też z formą.
A raport o stanie miasta nie jest dokumentem dowolnym. To nie jest załącznik do wewnętrznej notatki o zakupie zszywek. To dokument, który ma służyć debacie mieszkańców nad działalnością prezydenta. To dokument, do którego mieszkaniec powinien móc się odnieść. To dokument, który ma umożliwić ocenę skuteczności działań miasta. Tak przynajmniej wynika z samego wstępu raportu.
Prezydent przekazuje go mieszkańcom z nadzieją, że przedstawione informacje pozwolą ocenić skuteczność wspólnych starań o lepszą jakość życia w Zielonej Górze. Pięknie. Tylko że między „pozwolą ocenić” a „proszę sobie przebrnąć przez ponad sto stron urzędowego dokumentu” jest przepaść. I w tej przepaści ginie realna dostępność.
Największy problem z dostępnością raportu nie polega nawet na jednym błędzie technicznym. Nie chodzi wyłącznie o to, czy PDF miał nagłówki, czy tabele miały poprawną strukturę, czy spis treści był aktywny, czy elementy graficzne miały opisy alternatywne. To wszystko jest ważne, ale to dopiero pierwsza warstwa. Głębszy problem polega na tym, że urząd najpierw opublikował jeden z najważniejszych dokumentów dla mieszkańców, a dopiero po interwencji zaczął go poprawiać.
I to jest sedno sprawy.
Dostępność nie powinna być gaszeniem pożaru. Nie powinna działać tak, że mieszkaniec znajduje problem, pisze wniosek, urząd sprawdza, poprawia część rzeczy i ogłasza, że dołożył wszelkich starań. To nie jest system, tylko reakcja alergiczna. Z odpowiedzi urzędu wynikało, że pierwotnie nie wykonano testu dostępności, dokument nie był przygotowany z użyciem stylów nagłówków, nie miał oznaczeń nagłówków tabel, nie miał aktywnego spisu treści, a część tabel była wstawiona jako obrazy. Urząd poinformował też, że nie praktykuje przygotowywania streszczeń dokumentów publicznych. To ostatnie zdanie jest szczególnie ciekawe. Nawet nie dlatego, że brzmi źle. Ono brzmi jak mimowolne wyznanie filozofii urzędowej: dokument publiczny ma być udostępniony, a niekoniecznie zrozumiały.
A przecież raport o stanie miasta aż prosi się o prostą wersję. Nie zamiast pełnego dokumentu, tylko obok niego. Raport powinien mieć wersję skróconą, napisaną prostym językiem. Powinien mieć streszczenie najważniejszych informacji.
Raport powinien mieć wersję ETR, czyli tekst łatwy do czytania i rozumienia, przynajmniej dla najważniejszych części: finanse miasta, pomoc społeczna, inwestycje, budżet obywatelski, konsultacje, zadłużenie, największe problemy i najważniejsze decyzje. To nie jest luksus. To jest elementarny warunek udziału mieszkańców w debacie. Jeżeli dokument ma służyć mieszkańcom, to musi być napisany i przygotowany z myślą o mieszkańcach. Nie tylko z myślą o radnych, urzędnikach, prawnikach, księgowych i osobach, które zawodowo czytają dokumenty publiczne.
Mieszkaniec nie ma obowiązku być specjalistą od finansów publicznych, polityki społecznej, dostępności cyfrowej, dokumentów strategicznych i miejskiej nowomowy. Mieszkaniec ma prawo dostać informację w formie, która pozwala mu zrozumieć, co się dzieje z jego miastem. Szczególnie że raport dotyczy spraw bardzo konkretnych. To nie jest abstrakcyjna rozprawa o samorządzie. Tam są dane o pomocy społecznej, liczbie osób korzystających z placówek, finansach, długu, inwestycjach, budżecie obywatelskim, oświacie, kulturze i konsultacjach. To są sprawy, które mają wpływ na życie ludzi.
Jeśli w raporcie pojawia się tabela, w której przy placówkach pomocy społecznej liczba osób korzystających jest znacznie wyższa niż liczba miejsc, mieszkaniec ma prawo rozumieć, co to znaczy. Czy to rotacja? Czy przeciążenie? Czy kolejki? Czy brak miejsc? Czy system działa sprawnie, czy ledwo zipie? Raport powinien to tłumaczyć. Nie powinien zostawiać mieszkańca z tabelą jak z zagadką logiczną dla zaawansowanych.
Podobnie rzecz ma się z finansami. Jeśli w raporcie pojawia się deficyt budżetowy, zadłużenie, różnica między dochodami bieżącymi i wydatkami bieżącymi, skutki obniżenia stawek podatkowych, należności wymagalne i długoterminowe pożyczki, to mieszkaniec powinien dostać jasny opis: co to oznacza dla miasta, jakie są ryzyka, czy sytuacja jest stabilna, czy napięta, co może się wydarzyć w kolejnych latach. Tymczasem raport bardzo często idzie po najłatwiejszej linii (bez)oporu: podaje liczby i liczy na to, że obywatel sam sobie dopisze sens. Jakby obywatel miał być niepisanym załącznikiem analitycznym do BIP-u. No nie! Nie na tym polega praca urzędu, by mieszkaniec odwalał połowę robotę za urzędników!
Nie chodzi o to, żeby raport był infantylny. Nie chodzi o to, żeby zamienić go w kolorowankę z hasłem „miasto jest super, pokoloruj autobus”.
Chodzi o to, żeby dokument miał kilka poziomów dostępu. Pełna wersja dla tych, którzy chcą szczegółów. Skrócona wersja dla tych, którzy chcą zrozumieć najważniejsze sprawy. Wersja prostym językiem dla mieszkańców, którzy nie żyją na co dzień językiem uchwał, strategii i programów. Wersja ETR dla osób, które potrzebują tekstu łatwego do czytania i rozumienia. Dostępny cyfrowo dokument dla osób korzystających z czytników ekranowych i technologii wspomagających. Poprawne tabele, które nie są obrazkami udającymi dane. Opisy alternatywne grafik. Logiczna struktura nagłówków. Aktywny spis treści. Możliwość wygodnego przeszukiwania dokumentu. To naprawdę nie jest wyprawa na Marsa, ani na Księżyc. To powinna być tylko mała wycieczka na glinianki.
Najbardziej absurdalne jest to, że dostępność bardzo często przedstawia się w urzędach jako coś nadzwyczajnego. Jakby przygotowanie dokumentu z nagłówkami, czytelnymi tabelami i prostym streszczeniem wymagało zwołania konsylium ekspertów, zamówienia audytu za kwotę równą budowie małego ronda i trzech narad z pytaniem, czy czcionka też jest polityczna.
Tymczasem duża część dostępności zaczyna się od elementarnej staranności: dobrego szablonu, właściwego formatowania, myślenia o odbiorcy, testu przed publikacją, a nie po skardze.
I tu wróćmy do Zielonej Góry. Bo ta sprawa (nie)dostępności raportu pokazuje nie tylko problem tego jednego dokumentu publicznego. Pokazuje sposób myślenia. Najpierw publikacja. Potem uwaga mieszkańca. Potem poprawka. Potem zapewnienie, że urząd dołożył wszelkich starań. To jest model reaktywny. A dostępność powinna być projektowana od początku. Nie jako ozdoba, nie jako deklaracja, nie jako przycisk w rogu strony, tylko jako standard pracy urzędu.
Raport o stanie miasta powinien być przygotowywany od pierwszej strony z prostym założeniem. Ten dokument przeczyta osoba starsza. Ten dokument przeczyta osoba słabowidząca. Ten dokument przeczyta osoba korzystająca z czytnika ekranu. Ten dokument przeczyta mieszkaniec, który nie zna języka finansów publicznych. Ten dokument przeczyta ktoś, kto chce zabrać głos w debacie i ma na to ograniczony czas. Ten dokument przeczyta ktoś, kto szuka jednej konkretnej informacji i nie chce przekopywać się przez sto stron urzędowego żwiru.
Jeżeli urząd mówi, że mieszkańcy współtworzą miasto, to musi dać im narzędzia do współtworzenia. Nie wystarczy wrzucić raportu do BIP-u i uznać sprawę za załatwioną. To jest jawność w wersji minimalnej, a dostępność wymaga więcej. Bo po prostu wymaga takiego przygotowania informacji, żeby mieszkaniec nie musiał być detektywem, informatykiem, prawnikiem i księgowym jednocześnie. Szczególnie zabawne, choć w tym smutnym administracyjnym sensie, jest tłumaczenie o wersji cyfrowej i dbałości o środowisko. Raport udostępniono cyfrowo, bo papier szkodzi środowisku. To oczywiście dobrze. Tylko że dokument cyfrowy też może być niedostępny. Cyfrowość nie jest automatyczną dostępnością. PDF może być cyfrowym betonem. DOC może być tylko innym opakowaniem tego samego problemu. Tabela jako obrazek nadal jest obrazkiem, nawet jeśli bardzo urzędowo udaje tabelę. A brak streszczenia nadal jest brakiem streszczenia, choćby dokument wisiał w najpiękniejszym zakątku BIP-u.
I tutaj jest jeszcze jeden poziom absurdu. Raport służy debacie nad stanem miasta, ale sama debata jest dostępna tylko dla tych, którzy zdołają dokument przeczytać, zrozumieć i przetworzyć.
Jeżeli więc raport jest trudny, nieprzyjazny, zbyt obszerny, bez prostego streszczenia i bez pełnej dostępności cyfrowej, to ogranicza realny krąg uczestników debaty. Formalnie każdy może przyjść. Praktycznie przyjdą ci, którzy mają czas, kompetencje i cierpliwość. A potem urząd może powiedzieć: mieszkańcy nie przyszli, nie zgłosili się, nie skorzystali. Demokracja lokalna w wersji escape room: drzwi są otwarte, tylko kod do wyjścia ukryto w tabeli na stronie 72.
Najuczciwiej byłoby przyznać, że raport o stanie miasta wymaga dwóch rzeczy. Z jednej strony dokument powinien być załatwiony prawnie i formalnie najzwyczajniej dobrze. Raport ma być przygotowany, przedstawiony radzie, opublikowany, omówiony.
Z drugiej strony natomiast – raport o stanie miasta musi być zrozumiały, użyteczny, dostępny i realnie pomocny w debacie. Zielona Góra formalnie raport przygotowała, ale obywatelsko ten dokument wymaga znacznie więcej pracy. W tym sensie sprawa dostępności raportu jest symptomem szerszej choroby.
Urzędy często mylą udostępnienie z komunikacją. Publikację z dostępnością. Dane z wiedzą. Dokument z debatą. A potem dziwią się, że mieszkańcy nie uczestniczą, nie czytają, nie zabierają głosu, nie wypełniają formularzy, nie zgłaszają uwag. Może dlatego, że bardzo często zaprasza się ich do rozmowy językiem, który bardziej przypomina instrukcję obsługi urządzenia do przetargów niż zaproszenie do współdecydowania.
W raporcie jest wiele ważnych informacji. O finansach, pomocy społecznej, inwestycjach, budżecie obywatelskim, edukacji, kulturze, strategiach, środowisku i uchwałach. To nie jest dokument bezwartościowy. Wręcz przeciwnie: jest pełen materiału, który można analizować, komentować i wykorzystywać do kontroli społecznej. Ale właśnie dlatego powinien być przygotowany lepiej.
Im ważniejszy dokument, tym wyższy standard dostępności. Nie niższy. Nie „jakoś to będzie”. Nie „w razie czego poprawimy po wniosku”. Raport o stanie miasta nie powinien być testem wytrzymałości mieszkańca. Powinien być przewodnikiem po stanie miasta. A gdy jeden z najważniejszych dokumentów publicznych trzeba najpierw wydobywać z urzędowego formatu, poprawiać, dopraszać się o dostępność, pytać o wersję prostym językiem i tłumaczyć urzędowi, że dokument do debaty powinien być czytelny dla ludzi, to znaczy, że problem nie leży wyłącznie w pliku. Problem leży w kulturze komunikacji publicznej. Dostępność to nie kafelek. Nie ikonka. Nie dekoracja w rogu strony. Nie zdanie w deklaracji. Nie „jesteśmy otwarci na alternatywny sposób dostępu”.
Dostępność to naturalne pytanie zadane jeszcze przed publikacją: czy mieszkaniec naprawdę będzie mógł z tego skorzystać? W przypadku raportu o stanie Zielonej Góry odpowiedź brzmi: częściowo. A przy dokumencie, który ma być podstawą debaty o mieście, „częściowo” to za mało. Bo jeśli miasto naprawdę chce, żeby mieszkańcy ocenili skuteczność działań władz, to powinno przestać traktować zrozumiałość jak bonus, a dostępność jak kłopot. Powinno przygotować raport tak, żeby można było go nie tylko pobrać, ale przeczytać. Nie tylko otworzyć, ale zrozumieć. Nie tylko zacytować, ale wykorzystać w debacie.
Inaczej raport o stanie miasta pozostanie tym, czym często bywa w polskich samorządach: eleganckim dokumentem do formalnego odhaczenia obowiązku. Miasto powie, że opublikowało. Urząd powie, że dołożył starań. Radni odbędą debatę. Mieszkańcy teoretycznie mogli się zgłosić. Wszystko będzie zgodne z rytuałem. Tylko demokracja lokalna znów zostanie gdzieś pomiędzy tabelą jako obrazkiem a brakiem streszczenia prostym językiem. A potem ktoś jeszcze kliknie „Ustawienia dostępności” i uzna, że problem został rozwiązany. Nie został.
Dlatego postanowiłem opracować raport o stanie miasta za rok 2025 w języku ETR, więc do tego dokumentu będę jeszcze wracał w kolejnych wpisach.
Stay tuned!