Budżet obywatelski po zielonogórsku. Czyli jak skutecznie zniechęcić mieszkańców, a potem nazwać to partycypacją

Budżet obywatelski miał być prostym narzędziem demokracji lokalnej. Mieszkaniec zgłasza pomysł, urząd sprawdza, czy nie jest on oczywistym absurdem albo jawną nielegalnością, a potem o jego losie decydują mieszkańcy w głosowaniu. Taka była idea. Prosta, zdroworozsądkowa i uczciwa.

Tymczasem kolejna edycja Zielonogórskiego Budżetu Obywatelskiego pokazuje coś zupełnie innego. Pokazuje procedurę, która coraz mniej przypomina dopuszczanie obywatelskich pomysłów do głosowania, a coraz bardziej urzędowy system odsiewania tych, którzy nie potrafią pisać projektów tak, jakby składali profesjonalny grant z pełną dokumentacją, szczegółowym opisem, rozpisanym zapleczem operacyjnym i kalkulacją każdej przyszłej rolki taśmy klejącej.

Zielonogórski Budżet Obywatelski przypomina bardziej fundusz dla tych obywateli, którzy najpierw przejdą test na zgodność z wyobrażeniami komisji.

Największy problem tej edycji nie polega nawet na tym, że część projektów odpadła, bo to normalna rzecz. Nie wszystko może przejść.

Problem leży w tym, jak te projekty odpadały i jakimi argumentami były odrzucane. W uzasadnieniach negatywnych ocen jak bumerang wracają te same zaklęcia: „zbyt ogólny opis”, „brak możliwości oceny gospodarności”, „zbyt szeroki zakres”, „brak wystarczającej szczegółowości”, „nie da się jednoznacznie ocenić”, „istnieje ryzyko”. To nie są twarde przeszkody. To są pojemne, wygodne formuły, które można rozciągać niemal dowolnie. I właśnie to jest największy kłopot.

Bo jeśli w procedurze zaczynają dominować nie jasne, obiektywne i przewidywalne kryteria, ale ogólne klauzule pozwalające na szeroką uznaniowość, to budżet obywatelski przestaje być narzędziem partycypacji, a zaczyna być narzędziem selekcji. Nie tej uczciwej, tylko tej, w której projekt może odpaść nie dlatego, że jest zły albo nierealny, lecz dlatego, że komisja uznała, iż „nie da się go ocenić” na poziomie szczegółowości, którego sama wcześniej nigdzie jasno nie zdefiniowała.

I tu dochodzimy do sedna: w tej edycji BO w Zielonej Górze zbyt często wyglądało to tak, jakby od mieszkańców wymagano standardu właściwego nie dla budżetu obywatelskiego, ale dla wysoko sformalizowanych konkursów grantowych.

Tymczasem mowa była dopiero o dopuszczeniu projektu do głosowania, a nie o automatycznym przyznaniu finansowania. To nie były półfinały Eurowizji dla urzędników. To miał być etap wejścia do konkursu, w którym i tak ostatecznie decydują mieszkańcy.

A jednak sposób oceny wielu projektów sprawiał wrażenie, jakby już na tym etapie urząd chciał zachowywać się jak kapituła rozstrzygająca profesjonalny nabór dla ekspertów. Tyle że budżet obywatelski nie polega na tym, by mieszkaniec udowodnił, że jest półurzędnikiem, półkoordynatorem projektu i półspecjalistą od pisania aplikacji. Polega na tym, by zgłosił sensowny pomysł, aby wspólnota miejska mogła go ocenić.

I tu właśnie na bazie jednego konkretnego doświadczenia bardzo wyraźnie widać, jak ten mechanizm działał. Dwa projekty dotyczące historycznego nabotu na osiedlu Pomorskim i otaczającego go terenu obnażyły całą słabość tej edycji. Projekt inwestycyjny został odrzucony z powodu własności gruntu należącego do spółdzielni, co formalnie da się jeszcze zrozumieć. Ale projekt społeczny, który nie dotyczył żadnej kosztownej inwestycji ani trwałej ingerencji w teren, lecz uporządkowania zaniedbanego miejsca, przygotowania lekkiej ekspozycji historycznej i organizacji ogólnodostępnego pikniku miejskiego z elementami edukacyjnymi i integracyjnymi, potraktowano tak, jakby chodziło co najmniej o skomplikowany projekt grantowy z rozpisanym modelem zarządzania, budżetem promocyjnym i analizą ryzyk.

Najpierw projekt dostał negatywną ocenę z kilku stron naraz: środki trwałe, za mało konkretnie o treści plansz, konserwator zabytków. Potem, po wniesieniu odwołania, korekcie kosztów i doprecyzowaniu projektu, zamiast uczciwej odpowiedzi punkt po punkcie pojawił się kolejny negatyw, tym razem oparty na formule: nadal za ogólnie, nadal nie da się ocenić, nadal nie wiadomo wystarczająco dużo o koordynacji, promocji, organizacji i lokalizacji. Czyli nie tyle obalenie poprawek, ile przesunięcie uzasadnienia w inne miejsce.

To właśnie najbardziej obnaża problem. Jeżeli projektodawca poprawia to, co wcześniej wskazano, a potem słyszy, że pojawiły się nowe, równie pojemne zastrzeżenia, to odwołanie przestaje być realnym mechanizmem naprawczym. Staje się formalnością, po której urząd może nadal powiedzieć „nie”, tylko z trochę innym słownikiem.

Na tym tle szczególnie źle wygląda też organizacja samej procedury. Dwa odwołania zostały wniesione jednocześnie, wyraźnie wskazane w piśmie przewodnim i zawarte w dwóch odrębnych, podpisanych załącznikach. Mimo to organ początkowo doręczył tylko jedno rozstrzygnięcie, a drugie dosłał dopiero po publicznym pytaniu, interwencji telefonicznej i osobnym piśmie o braku doręczenia. Tłumaczenie? e-Doręczenia są nowe, dużo spraw, trudno ogarnąć. Trudno o lepszy symbol tej edycji: urząd nie ogarnia własnej procedury, ale od mieszkańca oczekuje precyzji jak przy rozliczaniu programu operacyjnego.

Cała ta historia wystawia organizatorom Zielonogórskiego Budżetu Obywatelskiego bardzo złą laurkę. Nie dlatego, że ktoś się obraził po przegranej. Nie dlatego, że nie każdy projekt przeszedł. Tylko dlatego, że sposób oceny, uzasadniania i prowadzenia odwołań pokazuje procedurę, która zbyt łatwo zamienia się w urzędowy filtr selekcyjny. Procedurę, która powinna zachęcać mieszkańców do działania, a kończy się tym, że nawet aktywni i zdeterminowani uczestnicy wychodzą z niej bardziej zniechęceni niż zmobilizowani.

Najbardziej gorzki paradoks polega na tym, że nawet samo miasto w rozstrzygnięciu projektu inwestycyjnego przyznało, iż temat może być analizowany poza BO i może być przedmiotem rozmów ze spółdzielnią. A więc sam pomysł nie został uznany za absurdalny. Uznano jedynie, że w tej formule nie powinien przejść. Tyle że jeśli projekt społeczny także zostaje wycięty po korekcie, a potem wszystko sprowadza się do tego, że może kiedyś ktoś się spotka i porozmawia, to trudno nie zadać pytania: po co w ogóle organizować budżet obywatelski w takiej formule, skoro sensowne inicjatywy i tak rozbijają się o urzędowy formalizm, zanim mieszkańcy zdążą cokolwiek powiedzieć w głosowaniu?

Budżet obywatelski powinien być testem dojrzałości miasta do rozmowy z mieszkańcami. Ta edycja w Zielonej Górze jest raczej testem na to, jak skutecznie można tę rozmowę zagadać, zbiurokratyzować i rozmyć w paragrafach, zachowując przy tym wszystkie zewnętrzne dekoracje „partycypacji”. A jeśli aktywny mieszkaniec po przejściu całej tej ścieżki dochodzi do wniosku, że więcej tu odsiewania niż obywatelskości, to nie jest ro problem mieszkańca, ale całego systemu.

I chyba coś w tym jest: budżet obywatelski, który miał być zaproszeniem do współdecydowania, coraz bardziej przypomina procedurę, w której miasto najpierw zaprasza mieszkańców do zabawy, a potem z satysfakcją sprawdza, ilu z nich uda się odsiać jeszcze przed wejściem na boisko.