Zielona Góra nie jest dziś miastem w stanie nagłej niewypłacalności. Miasto płaci, oddycha i według papierów nadal mieści się w dopuszczalnych granicach. Regionalna Izba Obrachunkowa wydała pozytywną opinię o sprawozdaniu z wykonania budżetu za 2025 rok, zobowiązania wymagalne nie wystąpiły, a ustawowe wskaźniki formalnie się spinają.
Problem polega na tym, że taki spokój może być bardzo mylący. Pozytywna opinia RIO nie oznacza, że finanse miasta są zdrowe. Oznacza raczej, że formalnie dokumenty są zgodne z wymogami, a ustawowe relacje zostały zachowane. To trochę tak, jakby lekarz powiedział pacjentowi: „dziś nie ma zawału”, ale przy okazji pokazał wyniki, z których wynika, że organizm od dawna jest w permanentnym stanie przedzawałowym. Dla księgowości samorządowej wszystko jest ok, jeśli pacjent ma formalnie puls i ciśnienie w normie, mimo że dźwiga lodówkę na plecach.
Najważniejszy problem Zielonej Góry nie polega na tym, że w 2025 roku pojawił się deficyt budżetowy. Sam deficyt w samorządzie nie jest jeszcze katastrofą, zwłaszcza jeśli wiąże się z inwestycjami. Prawdziwy problem znajduje się gdzie indziej: w wieloletnim deficycie operacyjnym. Wystarczy przyjrzeć się wydatkom bieżącym, które są wyższe niż dochody bieżące. Okazuje się, że codzienne funkcjonowanie miasta kosztowało więcej, niż miasto było w stanie pokryć z codziennych dochodów. Nadwyżka operacyjna jest dla samorządu paliwem inwestycyjnym. Gdy jej brakuje, miasto ma mniej własnej siły na inwestycje i coraz mocniej zależy od kredytów, dotacji, wolnych środków albo sprzedaży majątku.
RIO napisała zresztą to wprost. Występowanie deficytu operacyjnego w latach 2023-2025 wskazuje, że Miasto Zielona Góra nie było w stanie pokryć wydatków bieżących dochodami bieżącymi. To nie jest publicystyczna przesada, tylko wniosek organu nadzoru finansowego. Z danych RIO wynika, że wynik operacyjny brutto wyniósł w 2023 roku około minus 32,79 mln zł, w 2024 roku około minus 3,80 mln zł, a w 2025 roku około minus 41,03 mln zł. Taki trzyletni poważny sygnał ostrzegawczy. „Halo, Zielona Góra? W oddali widać dym, czy coś wam się tam nie pali?”
Opinia RIO, choć pozytywna, powinna zaczynać poważną debatę, a nie ją kończyć. Nie wystarczy urzędowe: „zaakceptowane, zatwierdzone, pora na kawę”. Zwłaszcza jeśli nie wiadomo, czy w budżecie zostało jeszcze na kawę, mleko i cukier.
Otóż, formalne spełnienie wskaźników nie unieważnia pytania o jakość finansów miasta. Zielona Góra zamknęła 2025 rok z długiem na poziomie około 774 mln zł. Po I kwartale 2026 roku dług lekko spadł, do około 767 mln zł, ale trudno robić z tego opowieść o przełomie. Pacjent nadal waży 180 kg. To, że dziś rano zdjął zegarek, nie jest jeszcze programem naprawczym.
Pozytywna opinia RIO nie jest więc świadectwem dobrej kondycji finansowej miasta w sensie gospodarczym. To raczej potwierdzenie, że sprawozdanie spełnia wymogi formalno-prawne, a ustawowe limity nie zostały przekroczone. Między „zgodne z przepisami” a „zdrowe finansowo” jest jednak spora różnica. Można przecież formalnie mieścić się w normach, a jednocześnie tracić odporność na kolejne kryzysy, wzrost kosztów, spadek dochodów albo konieczność sfinansowania nowych zadań.
Miasto jeszcze płaci, ale jego model finansowy wygląda coraz bardziej jak konstrukcja z kartonu po deszczu. Utrzymuje się, bo formalnie wolno używać określonych mechanizmów: wolnych środków, przychodów, kredytów i innych ustawowych bezpieczników pozwalających spiąć relację między dochodami bieżącymi a wydatkami bieżącymi. Ale to nie rozwiązuje istoty problemu, jeśli bieżące funkcjonowanie nie bilansuje się z bieżących dochodów, bo to oznacza, że miasto coraz mocniej żyje dzięki buforom, przesunięciom i finansowym łatom.
Nie chodzi tu o wielkie inwestycyjne „szklane domy”, ale o prozę życia, czyli codziennym koszcie działania miasta: dróg, szkół, administracji, usług, utrzymania infrastruktury, wynagrodzeń, energii, komunikacji, opieki społecznej. Wszystkiego tego, czego mieszkańcy nie widzą jako jednej wielkiej inwestycji z przecięciem wstęgi, ale za co budżet musi płacić stale. A miasto nie ma tylko ciężaru inwestycyjnego, za to ma coraz cięższy koszt codzienności.
Informacja kwartalna za I kwartał 2026 roku nie pokazuje jakościowej poprawy. Nie ma w niej sygnału nagłej katastrofy, ale jest dokładanie ciężarków do już przeciążonego pacjenta. Dług pozostaje bardzo wysoki. Wydatki są już mocno zaangażowane. Zobowiązań wymagalnych nadal nie widać, więc nie można mówić o zapaści płatniczej. Jednak to nie jest jednoznaczny dowód uzdrowienia, a raczej tego, że miasto nadal utrzymuje płynność, choć jego finanse są mocno obciążone.
Do tego dochodzi drugi, często pomijany problem: należności. Miasto nie tylko ma dług, który musi obsługiwać. Ma też duże kwoty, które powinny do niego wpłynąć, ale nie wpływają tak, jak powinny. Kasa miejska jest więc ściskana z dwóch stron. Z jednej strony dług i koszty jego obsługi. Z drugiej strony należności i zaległości, które istnieją w tabelach, ale niekoniecznie zamieniają się szybko w realne pieniądze na rachunku.
Szczególnie niepokojące są należności wymagalne, czyli takie, których termin płatności już minął. Jeżeli miasto pokazuje dziesiątki milionów złotych należności wymagalnych, to trzeba pytać nie tylko o to, ile miasto pożyczyło, ale też o to, jak skutecznie odzyskuje pieniądze, które są mu należne. To jest drugi filar tej sprawy. Dług jest widoczny, bo robi wrażenie. Należności są mniej efektowne, bo siedzą w sprawozdaniach jak kurz pod dywanem. Ale z punktu widzenia finansów publicznych są równie ważne.
Jeszcze mocniej problem egzekucji należności widać przy miejskich zakładach budżetowych. To tam pojawiają się kwoty, których odzyskanie jest problematyczne, a odpisy aktualizujące pokazują, że część tych pieniędzy księgowo traktowana jest jako trudna do ściągnięcia.
Innymi słowy, w systemie wiszą środki, które teoretycznie są należne, ale praktycznie mogą być coraz mniej realne. Jeszcze nie mamy efektownego zezłomowania, bo to tylko księgowa rdza. Nic się nie pali, nie robi huku, nie nadaje się na konferencję prasową w świetle kamer. Trochę trzeszczy, ale stara łajba daje radę płynąć dalej, choć rdza powoli przeżera jej konstrukcję.
Dlatego o finansach Zielonej Góry trzeba mówić precyzyjnie. Zielona Góra znajduje się w stanie chronicznego napięcia finansowego. Formalnie mieści się w przepisach, ale jakościowo jej budżet jest coraz cięższy, coraz mniej elastyczny i coraz bardziej uzależniony od mechanizmów łatających różnicę między tym, co wpływa, a tym, co trzeba wydać.
A to oznacza coraz mniej luzu decyzyjnego w kolejnych latach. Każda nowa inwestycja, każda obietnica, każdy program wydatków i każdy kolejny kredyt powinny być oceniane przez pryzmat pytania: czy miasto rzeczywiście ma na to trwałą zdolność finansową, czy tylko kolejną tabelę, która pozwoli przetrwać do następnego sprawozdania?
To nie jest więc bajka o bankructwie, tylko o pogarszającej się jakości budżetu: coraz wyższym ciężarze długu, słabym wyniku operacyjnym, ograniczonej elastyczności i konieczności łatania bieżących napięć mechanizmami, które formalnie są dopuszczalne, ale nie rozwiązują problemu u źródła.
Zielona Góra nie ma dziś pożaru. Ale budynek jest wypchany długiem po dach. Ma 774 mln zł długu na koniec 2025 roku, trzy lata deficytu operacyjnego, wysokie koszty obsługi zadłużenia, duże należności do odzyskania i bieżące funkcjonowanie coraz wyraźniej oparte na finansowych bezpiecznikach. Po I kwartale 2026 roku nie widać przełomu. Widać raczej to samo miasto z tym samym ciężarem. Tylko z nieco lżejszym zegarkiem na ręce.
Opracowano na podstawie analizy:
- Sprawozdania finansowego miasta Zielona Góra za 2025 roku (dostęp na BIP dnia 10/5/2026 12:30),
- Opinii RIO nr 244/2026 (dostęp na BIP dnia 10/5/2026 12:30) oraz
- Informacji Urzędu Miasta o wykonaniu budżetu – 1. kwartał 2026 (dostęp na BIP dnia 10/5/2026 12:30).