Kilka słów o tym, jak Zielona Góra psuje miejsce pamięci przy Polskiej Wełnie.
Sprawa tablicy pamiątkowej z 1979 roku, ufundowanej przez pracowników ZPW „Polska Wełna”, nie jest lokalną awanturą o kawałek metalu. Nie jest też prostym sporem o to, czy na tablicy powinno być jedno słowo, drugie słowo, jedna grupa ofiar czy inna grupa ofiar. To jest sprawa o coś znacznie poważniejszego, tzn. o sposób, w jaki Zielona Góra traktuje pamięć społeczną, dokumenty publiczne, jawność, odpowiedzialność za mienie i obywateli, którzy mają czelność pytać, co właściwie wydarzyło się z miejskim upamiętnieniem, a ponieważ władza lubi mówić o szacunku do historii, dobrze jest czasem sprawdzić, jak ten szacunek wygląda w papierach. Spoiler: wygląda jak magazyn, brak dokumentów, odsyłanie od urzędu do spółki i protokół powołujący się na pismo z przyszłości. Administracja odkryła science fiction, tylko zapomniała, że to nie konkurs literacki.
Zacznijmy od początku. Przy dawnej Polskiej Wełnie istniała tablica z 1979 roku. Została ufundowana społecznie przez pracowników zakładów. Była poświęcona pamięci kobiet polskich zamęczonych przez hitlerowców w filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w latach 1944-1945. Można dziś dyskutować nad jej językiem, precyzją, zakresem i historyczną dokładnością. Można wskazywać, że współczesna wiedza o obozie pracy w Grünbergu, jego późniejszym powiązaniu z systemem Gross-Rosen, narodowości więźniarek, marszu śmierci i dokumentacji źródłowej jest bogatsza niż w latach 70. XX wieku. Tylko że uczciwa rozmowa o pamięci zaczyna się od zrozumienia, czym ta tablica w ogóle była.
Nie była ona ani artykułem naukowym, ani efektem grantowej kwerendy, recenzji specjalistów, ani pracy komisji eksperckiej. Była społecznym gestem pamięci robotniczej wspólnoty, która po wojnie próbowała nazwać cierpienie, stratę i moralny obowiązek upamiętnienia. W realiach PRL, w języku epoki, przy ograniczonym dostępie do źródeł i w zupełnie innym porządku mówienia o wojnie.
Dlatego też największy błąd miasta polega na tym, że potraktowało wcześniejszą warstwę pamięci jak problem do usunięcia, a nie jak świadectwo do objaśnienia. Dojrzała kultura pamięci nie działa jak korektor tekstu z czerwonym długopisem; to skreślić, tamto zamienić, a to schować. Dojrzała kultura pamięci buduje palimpsest, pokazuje ona jednocześnie wydarzenie historyczne i historię samego upamiętniania. Powinno się mówić, jak wspólnota pamiętała to zdarzenie w 1979 roku, a jak dziś, po nowych badaniach i z większą świadomością źródeł, czyli prostu dopowiedzieć kontekst. Stara tablica mogła wisieć obok nowej. Zresztą, moim zdaniem obie tablice w ogóle się ze sobą nie gryzą. Mogłyby ze sobą współżyć jak stare dobre małżeństwo. Co więcej, spokojnie obok nich mogła pojawić się trzecia, edukacyjna, wyjaśniająca różnicę języka, źródeł i perspektyw. To byłoby rozwiązanie cywilizowane, wielowarstwowe i uczciwe, ale najwyraźniej w Zielonej Górze wielowarstwowość jest zbyt skomplikowana a dla polityków zbyt kosztowna. Władza woli chyba prostszy model: zdjąć, zamienić, uznać, że wie lepiej, a potem opowiedzieć, że wszystko jest w porządku.
W grudniu 2025 roku pojawiła się nowa tablica. Jej treść przesunęła środek ciężkości narracji. Nie chodzi tylko o to, że pojawiły się inne sformułowania. To była zmiana logiki narracji. Tablica z 1979 roku mówiła językiem lokalnej martyrologii: o kobietach polskich, zamęczeniu, filii Gross-Rosen i pamięci zakładowej wspólnoty. Nowa tablica przesunęła narrację w stronę opisu instytucjonalnego: żydowskie więźniarki, obóz pracy w Grünbergu, późniejsza filia Gross-Rosen, wymarsz 29 stycznia 1945 roku i marsz śmierci. Sama ta zmiana nie musi być zła. Problem zaczyna się wtedy, gdy nowa narracja nie zostaje dopisana do poprzedniej, ale ją zastępuje. Wtedy przestajemy mieć pamięć wielowarstwową, a zaczynamy mieć konkurs na jedną obowiązującą wersję, a pamięć nie jest konkursem na jedyną wersję. Chyba że ktoś bardzo chce urządzić historię jak regulamin parkowania.
Wersje robocze treści tablicy, o których wiemy z wcześniejszych materiałów i analiz, pokazują, że w toku prac pojawiały się różne pomysły: bardziej techniczne, bardziej opisowe, bardziej precyzyjne, z niemiecką nazwą obozu, z próbą doprecyzowania pochodzenia więźniarek, z nazwami zakładów, z datami 1941-1945 albo 1942-1945, z informacją o Polsce i Węgrzech. Finalna tablica wykonała ruch, który można nazwać „uogólnieniem strategicznym”. Usunięto najbardziej ryzykowne, sporne i weryfikowalne szczegóły. Zostały elementy komunikacyjnie bezpieczniejsze: żydowskie więźniarki, obóz pracy w Grünbergu, późniejsza filia Gross-Rosen, marsz śmierci. To zrozumiałe w logice tablicy ulicznej, która ma być krótka i czytelna, ale ta oszczędność ma swoją cenę, gdyż spłaszcza obraz i usuwa elementy, które mogłyby rozbroić fałszywą dychotomię „Polki kontra Żydówki”. Bo rzeczywistość historyczna bywa bardziej skomplikowana niż hasło rzucone na sesji rady. Historia nie zawsze mieści się w formacie politycznej wrzutki.
I właśnie dlatego pojawiła się petycja. Nie po to, żeby Rada Miasta „głosowała nad historią”. Nie po to, żeby radni rozstrzygali, kto cierpiał bardziej. Nie po to, żeby urządzać emocjonalny plebiscyt między dawną a nową treścią tablicy. Petycja dotyczyła minimalnych standardów postępowania z miejskimi upamiętnieniami. Chodziło o jawność źródeł, dokumentowanie konsultacji, protokoły przekazania mienia, informację w BIP, przejrzystość decyzji, poszanowanie wcześniejszych warstw pamięci i obowiązek dopisywania kontekstu zamiast wymazywania. W normalnym mieście taki postulat nie powinien być rewolucją. Powinien być administracyjną oczywistością. Ale nie w Zielonej Górze. W Zielonej Górze obywatel nie może pytać, a jak pyta, to znaczy, że przeszkadza.
Petycja została wniesiona do Rady Miasta 24 marca 2026 roku. Komisja Skarg, Wniosków i Petycji zajmowała się nią 13 maja. Projekt uchwały przewidywał negatywne rozpatrzenie, ale uzasadnienie okazało się bardzo pouczające, by móc dostrzec polityczny kontekst sprawy, bo pokazało całą mentalność rządzących polityków.
Komisja uznała, że postulaty są zbędne, zbyt sztywne, paraliżujące, że istniejące mechanizmy jawności wystarczają, że posiedzenia są jawne, protokoły dostępne, a każdy przypadek upamiętnienia powinien być rozpatrywany indywidualnie. To jest po prostu wygodny język władzy: „nie potrzebujemy standardów, bo jesteśmy rozsądni”. Problem polega na tym, że standardy tworzy się właśnie po to, żeby nie trzeba było wierzyć w czyjąś rozsądność na słowo. Zwłaszcza gdy za chwilę z informacji publicznej wynika, że dokumentów nie ma, ustalenia są ustne albo telefoniczne, a protokół przekazania ma datę z przyszłości.
Rada Miasta Zielona Góra 26 maja 2026 roku rozpatrzyła petycję negatywnie. W głosowaniu 12 radnych było za negatywnym rozpatrzeniem, 7 przeciw, 1 osoba wstrzymała się, a 5 obecnych nie głosowało. Politycznie większość prezydencka dowiozła wynik, ale merytorycznie dowiozła też pokaz głuchoty i głupoty na argumenty. Opozycja, przynajmniej częściowo, próbowała podnieść kwestie proceduralne i pamięciowe. Radny PiS odczytał stanowisko autora petycji, co ma znaczenie, bo ten głos wszedł do debaty i zostanie w śladzie sesji. To ważne. Nawet jeśli większość głosuje jak bezwolne przyciski z sterowalnego automatu, to protokół bywa bardziej cierpliwy niż radni.
Podczas dyskusji pojawiła się też wypowiedź radnej Agnieszki Chyrc, która, według sporządzonego stenogramu i późniejszego wniosku o informację publiczną, mówiła o bardzo szerokim gremium historyków, które miało wesprzeć prezydenta przy zmianie napisu/tablicy, oraz o opinii pracowników merytorycznych. Brzmi poważnie. Problem w tym, że gdy zaczynamy pytać o dokumenty, robi się już mniej majestatycznie. Bo jeśli było „bardzo szerokie gremium historyczne”, to powinno dać się wskazać: kto, kiedy, w jakiej formie, co opiniował, jaką treść zaakceptował, czy powstały notatki, maile, protokoły, opinie, wersje robocze. Jeżeli takich dokumentów nie ma, to mamy nie „szerokie gremium”, tylko szeroki dym retoryczny. Dym bez ognia. A jeśli dokumenty są, to powinny zostać udostępnione. Proste. Tak proste, że aż groźne.
I tu zaczyna się najciekawsza, bo same dokumenty, pozyskane w trybie informacji publicznej, robią to, czego nie zrobią polityczne przemówienia: pokazują, co instytucja naprawdę ma w aktach, a z odpowiedzi Urzędu Miasta wynika rzecz bardzo wymowna. Na pytania o dokumenty dotyczące planowanej ekspozycji tablicy z 1979 roku w Focus Mall, warunki dostępu, odpowiedzialność za mienie, zabezpieczenie, ubezpieczenie, dokumentację rozmów/negocjacji, ocenę ryzyk, dostępność architektoniczną i rozważane alternatywne lokalizacje, urząd odpowiada wielokrotnie, że… nie posiada dokumentów. Nie posiada dokumentów rozmów/negocjacji. Nie posiada korespondencji z właścicielem lub zarządcą Focus Mall w kluczowych kwestiach. Nie posiada dokumentów dotyczących dostępności. Nie posiada dokumentów potwierdzających ocenę ryzyk. Nie posiada dokumentów o alternatywnych lokalizacjach. Jednocześnie urząd informuje, że rozmowy mają być wznowione w czerwcu, że temat ekspozycji jest otwarty, a prezydent nie podjął jeszcze decyzji.
Tylko że wcześniej, w piśmie z 12 grudnia 2025 roku, Wydział Oświaty, Kultury i Sportu pisał do prezesa ZGK, że stara tablica „docelowo ma zostać zamontowana w muzeum galerii handlowej Focus Mall”. To jest bardzo ważne zdanie. Ono pokazuje, że Focus Mall nie pojawił się jako luźna możliwość po petycji ani jako mglista koncepcja do rozważenia w przyszłości. Już w grudniu 2025 roku w piśmie urzędowym wskazano docelowe miejsce: muzeum galerii handlowej Focus Mall. A potem, w czerwcu 2026 roku, urząd mówi, że decyzji jeszcze nie ma, rozmowy będą dopiero wznowione, dokumentów o warunkach ekspozycji brak. Czyli w grudniu „docelowo Focus Mall”, w czerwcu „temat otwarty”. W papierach jest docelowo, w odpowiedziach jest roboczo, w uzasadnieniu uchwały jest spokojnie, a w praktyce obywatel ma się domyślać.
Sprawa Focus Mall jest zresztą osobnym problemem. Tablica z 1979 roku była elementem publicznej pamięci lokalnej. Jeśli ma trafić do „muzeum” w prywatnej galerii handlowej, trzeba zapytać o realną dostępność. Nie o to, czy gdzieś na mapie istnieje pomieszczenie, tylko czy człowiek może tam wejść. Czy są schody? Czy jest winda? Czy jest alternatywny dostęp? Czy miejsce ma stałe godziny otwarcia? Czy ekspozycja zależy od właściciela prywatnego obiektu? Czy osoba z niepełnosprawnością może zobaczyć tablicę bez proszenia ochroniarza, przypadkowego pracownika albo kogoś z kluczem? Z relacji osób, które widziały to miejsce, wynika, że mówimy raczej o małej izbie na piętrze, z ograniczonym dostępem, niż o realnym, publicznym, dostępnym miejscu pamięci. Urząd zaś odpowiada, że nie posiada dokumentów dotyczących dostępności. To nie jest szczegół techniczny, który prowadzi do kluczowego pytania, czy pamięć społeczna zostanie przeniesiona do miejsca, które realnie zobaczy każdy, czy tylko ten, kto wie, gdzie zapukać i komu się akurat uda?
Kolejny zonk to protokół przekazania tablicy. Urząd udostępnił w trybie informacji publicznej skan protokołu z 30 marca 2026 roku. Dokument ten dotyczy przekazania tablicy do tymczasowego zabezpieczenia w ZGK i w nim wskazano, że sporządzono go na podstawie pisma z 12 grudnia 2026 roku. Tak, 2026. Dokument z marca 2026 roku powołuje się na pismo z grudnia 2026 roku. Pismo z przyszłości. Oczywiście później wszystko można tłumaczyć omyłką pisarską. Najpewniej chodziło o pismo z 12 grudnia 2025 roku (i tak też urząd się tłumaczy), ale sam problem nie znika.
Dokument dotyczący mienia publicznego, udostępniony obywatelowi w trybie informacji publicznej, zawierał błąd w dacie dokumentu będącego podstawą czynności. To nie jest literówka w przecinku. To jest kompromitujący sygnał jakości obiegu dokumentów. Ktoś to sporządził, ktoś podpisał, ktoś udostępnił. I nikt po drodze nie zauważył, że papier opiera się na przyszłości. Zielona Góra, miasto winem i wehikułem czasu płynące. Chyba jednak ostatnio było za dużo tego wina.
Dopiero później pojawiło się samo pismo z 12 grudnia 2025 roku. I ono naprawia jedną rzecz, ale odsłania kolejną. Z pisma wynika, że urząd zwrócił się do ZGK z prośbą o tymczasowe zabezpieczenie starej tablicy na terenie ZGK. Wynika też, że stara tablica miała zostać zdemontowana i złożona na terenie ZGK „do 19 grudnia 2025 r.”. Tymczasem protokół przekazania jest datowany dopiero na 30 marca 2026 roku. To rodzi oczywiste pytanie: gdzie formalnie była tablica między grudniem 2025 a marcem 2026? Czy została złożona w ZGK wcześniej, a protokół sporządzono dopiero po kilku miesiącach? Czy trafiła tam później? Czy istniał wcześniejszy dokument przyjęcia, wpis magazynowy, rejestr, notatka, zdjęcia, dokumentacja stanu? Jeżeli tak, proszę pokazać. Jeżeli nie, to znowu wracamy do tego samego: pamięć społeczna, mienie publiczne i dokumentacyjna mgła.
ZGK odpowiedział na wniosek o informację publiczną, że tablica jest przechowywana w magazynie na terenie bazy ZGK przy ul. Zjednoczenia 110C. Magazyn jest zadaszony, zamykany na klucz, teren bazy monitorowany. Wskazano też osobę odpowiedzialną po stronie ZGK: Marcina Jasmana-Jocza, Kierownika Działu Utrzymania Zieleni. To są konkrety i dobrze, że wreszcie padły. Wiemy, gdzie tablica fizycznie jest. Wiemy, że nie leży pod płotem. Wiemy, że ma dach, klucz i monitoring.
Niestety, dalej zaczyna się znów odbijanie piłeczki. Na pytania o dokumenty przyjęcia tablicy, dokumentację jej stanu, czynności konserwatorskie i ubezpieczenie ZGK odpowiada: „w kompetencji Urzędu Miasta”. Urząd Miasta z kolei wcześniej poinformował, że nie posiada informacji, czy tablica jest i czy kiedykolwiek była ubezpieczona. Czyli tablica ma magazyn, klucz i opiekuna, ale nie ma jasnej odpowiedzi, czy jest ubezpieczona, jaka jest dokumentacja jej stanu i kto ma pełny zestaw papierów. Mienie publiczne jako piłeczka pingpongowa. Z jednej strony UM, z drugiej ZGK, pośrodku obywatel, który ma czelność pytać, a sędzia uciekł na kawę.
Wątek ubezpieczenia jest szczególnie ważny. Urząd Miasta nie posiada informacji, czy tablica jest i czy kiedykolwiek była ubezpieczona. ZGK odsyła do Urzędu Miasta. Mówimy o obiekcie pamięci, który został zdjęty, przekazany do tymczasowego zabezpieczenia, planowany do docelowej ekspozycji w prywatnym obiekcie i mający zostać formalnie ujęty w ewidencji środków trwałych. W takim przypadku pytania o odpowiedzialność, zabezpieczenie, ubezpieczenie, konserwację i stan zachowania powinny być elementarne. Tymczasem znów mamy odpowiedź w stylu: to nie my, to oni; nie wiemy, nie posiadamy, jest w kompetencji.
A co zrobiła Rada Miasta kilka dni wcześniej? Uznała ona, że minimalne standardy są zbędne. Cudownie. Najpierw odrzucają standardy, potem pokazują, dlaczego były potrzebne.
W tle pojawił się także epizod z RODO. Gdy skan protokołu, uzyskany w trybie informacji publicznej, został opublikowany na profilu ZGK, spółka usunęła komentarz, zasłaniając się ochroną danych osobowych, podpisami i zasadą minimalizacji danych. Można oczywiście rozmawiać o anonimizacji. Tylko że nie wolno uciekać od podstawowej rzeczy: dokument został udostępniony przez Urząd Miasta w tej postaci jako informacja publiczna. Jeżeli zawierał dane, które powinny zostać zanonimizowane, to pytanie o jakość anonimizacji należy kierować przede wszystkim do podmiotu udostępniającego. ZGK może moderować swój profil, bo to ich przestrzeń w mediach społecznościowych, ale RODO nie może być wygodną pałką do uciszenia rozmowy o tym, że dokument urzędowy miał datę z przyszłości, a sprawa tablicy wygląda jak administracyjna improwizacja. RODO chroni dane. Nie powinno służyć jako parawan dla bałaganu. Choć oczywiście parawany są ostatnio popularne, zwłaszcza gdy za nimi stoi protokół z marca i pismo z grudnia tego samego roku, tylko że jeszcze nie tego.
Cała ta sprawa pokazuje też pewien głębszy problem Zielonej Góry. Władza lubi mówić językiem troski, historii, odpowiedzialności i edukacji, ale gdy obywatel pyta o dokumenty, nagle okazuje się, że wiele rzeczy odbywało się ustnie, telefonicznie, bez notatek, bez protokołów, bez pełnej dokumentacji. Gdy obywatel pyta o konsultacje, słyszy o szerokim gronie, ale dokumenty trzeba dopiero wydobywać. Gdy pyta się o ekspozycję, słyszy o Focus Mall jako miejscu docelowym w grudniu, ale o otwartym temacie i rozmowach dopiero w czerwcu. Gdy pyta się o ubezpieczenie, urząd nie wie. Gdy pyta się ZGK, ta spółka odsyła do urzędu. Gdy pokazuje dokument, to pojawia się magicznie (o nie!) RODO. Gdy składa petycję o standardy, Rada Miasta odpowiada, że standardy są zbędne. I właśnie dlatego ta sprawa jest tak ważna. Bo ona nie jest wyjątkiem. Ona jest rentgenem.
W tej historii stara tablica z 1979 roku stała się niewygodna nie dlatego, że była tylko „błędna”. Stała się niewygodna, bo przypominała, że pamięć nie zawsze rodzi się w gabinetach. Czasem rodzi się oddolnie, w zakładzie pracy, wśród ludzi, którzy nie mieli idealnego aparatu pojęciowego, ale mieli potrzebę moralnego upamiętnienia. Nowa tablica mogła tę pamięć uzupełnić. Mogła pokazać, że wiemy dziś więcej. Mogła dopisać żydowskie więźniarki, Grünberg, Gross-Rosen, marsz śmierci, źródła, daty, szerszy kontekst, ale władze miasta wybrały zastąpienie, a potem usiłują schować dawną warstwę pamięci w miejscu, które samo określa jako muzeum w galerii handlowej, choć nie potrafi pokazać dokumentów dotyczących warunków dostępu, odpowiedzialności, zabezpieczenia i dostępności.
Najbardziej uczciwe rozwiązanie tego całego ambarasu nadal jest możliwe i banalne. Po prostu, obie tablice powinny wisieć obok siebie. Tylko tyle i aż tyle. One się nie gryzą i ani siebie, ani nikogo innego nie ugryzą.
Stara tablica jest najzwyczajniej w świecie świadectwem społecznej pamięci 1979 roku. Nowa – zaś dowodem współczesnych ustaleń i wrażliwości. Trzecia informacyjna byłaby mostem między nimi: co zmieniła wiedza historyczna, dlaczego język 1979 roku był taki, jaki był, co dziś wiemy o więźniarkach, obozie pracy, filii Gross-Rosen i marszu śmierci. To nie jest „stawianie trzech tablic, bo ktoś ma kaprys”, tylko jest to podstawowa metoda pracy z trudną pamięcią. Nie wymazywać, tylko objaśniać i tłumaczyć! Nie chować, lecz dopisywać!
Tymczasem Zielona Góra dała mieszkańcom lekcję odwrotną. Zdjęto tablicę społeczną, zamontowano nową, a starą schowano głęboko w piwnicach ZGK. W dokumentach pojawił się Focus Mall jako miejsce docelowe. Potem urząd twierdzi, że temat nadal otwarty. W odpowiedziach UDIP powtarza, że nie posiada dokumentów. Protokół przekazania powołuje się na pismo z przyszłości. ZGK potwierdza magazyn, klucz i monitoring, ale dokumenty stanu, ubezpieczenia i przyjęcia odsyła do miasta. Miasto nie wie, czy tablica była ubezpieczona. Komisja i Rada uznają, że standardy są zbędne. Wypowiedzi o „szerokim gronie historyków” trzeba dopiero weryfikować kolejnymi wnioskami. I po tym wszystkim ktoś jeszcze chce wmawiać, że obywatel się czepia.
Nie. Obywatel nie czepia się przecinka. Obywatel tylko się pyta, czy miasto potrafi odpowiedzialnie obchodzić się z pamięcią, mieniem publicznym i dokumentami, bo jeśli w sprawie jednej tablicy mamy tyle mgły, sprzeczności, odsyłania i papierowej niedbałości, to problem nie leży w tablicy, ale leży w stylu zarządzania miastem. To styl, w którym najpierw podejmuje się decyzje, potem szuka uzasadnień, a na końcu obraża się na pytania. Styl, w którym jawność jest dobra, dopóki nikt z niej nie korzysta. Styl, w którym pamięć społeczna może być przeniesiona pod klucz, a standardy uznane za zbędne, bo przecież „my wiemy”. Czy miasto potrafi zatem odpowiedzialnie obchodzić się z pamięcią, mieniem publicznym i dokumentami? Sprawa usunięcia tablicy pracowników Polskiej Wełny z 1979 roku i wykorzystania cokołu po niej dla nowej daje chyba niestety oczywistą odpowiedź.. Ta cała sprawa powinna być ostrzeżeniem o tym, jak łatwo władza potrafi zamienić pamięć w dekorację, a procedurę w formalność; jak łatwo z wielowarstwowej historii zrobić jedną tablicę, jedną wersję i jeden komunikat; jak łatwo starą społeczną pamięć uznać za problem, a własną nieudokumentowaną decyzję za „oczywistą oczywistość”. I jak szybko instytucje publiczne chowają się za RODO, kompetencjami i brakiem dokumentów, gdy trzeba odpowiedzieć na proste pytania.
Bo w tej sprawie naprawdę nie chodzi tylko o przeszłość. Chodzi o teraźniejszość. O to, czy miasto
Bo w tej sprawie naprawdę nie chodzi tylko o przeszłość. Chodzi o teraźniejszość i o to, czy miasto potrafi działać jawnie, dokumentować własne decyzje i wreszcie czy potrafi przyznać, że pamięć nie należy wyłącznie do urzędników i polityków.
Czy faktycznie społecznie ufundowana przez prostych ludzi praca tablica z 1979 roku ma być traktowana jak śmieci do usunięcia, czy należy oddać jej honor jako świadectwu wspólnoty, która próbowała poradzić sobie z wojną. Jeżeli tego nie rozumiemy, to możemy montować nowe tablice, organizować konsultacje bez śladu, powoływać się na historyków bez dokumentów i pisać protokoły z datą z przyszłości, ale nie będziemy budować pamięci. Bo nastąpi śmierć historii, a my będziemy tylko administrować zapomnieniem.