„Ponad 80 procent Zielonogórzan”, czyli jak z ankiety zrobić wolę miasta

W debacie o nocnym ograniczeniu sprzedaży alkoholu w Zielonej Górze pojawiło się zdanie, które brzmi bardzo mocno: „za nocnym ograniczeniem sprzedaży alkoholu opowiedziało się ponad 80 proc. Zielonogórzan”. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak jednoznaczny mandat społeczny. Mieszkańcy przemówili, sprawa jasna, politycy tylko wykonują wolę ludu.

Tyle że po sprawdzeniu danych z konsultacji okazuje się, że sprawa jest znacznie mniej oczywista. Jak zwykle diabeł siedzi nie w haśle, tylko w tabelce. A tabelki, niestety dla politycznych skrótów, bywają bezlitosne.

Z odpowiedzi Urzędu Miasta Zielona Góra na wniosek o informację publiczną wynika, że w ramach konsultacji przeanalizowano 559 ankiet konsultacyjnych. Z tej liczby 552 ankiety zostały wypełnione online, a tylko 7 w formie papierowej. Już samo to pokazuje, że nie mamy do czynienia z żadnym powszechnym głosowaniem mieszkańców, lecz z konsultacją, w której udział wzięła grupa osób zainteresowanych tematem i gotowych wypełnić formularz. To oczywiście nie unieważnia konsultacji. Ale powinno ostudzić język, którym opisuje się ich wynik.

W ankietach za wprowadzeniem zakazu oddano łącznie 440 głosów. W tym 279 osób zaznaczyło odpowiedź „Tak”, a 161 osób odpowiedź „Tak, z pewnymi wyjątkami”. Przeciwko ograniczeniu było 118 osób, a jedna osoba nie miała zdania. Po zsumowaniu głosów „tak” i „tak, z wyjątkami” wychodzi około 78,7 proc. uczestników ankiety popierających ograniczenie w jakiejś formule. To dużo. Tego nie ma sensu udawać. Ale to nadal nie jest „ponad 80 proc. Zielonogórzan”. To jest około 78,7 proc. osób, które wypełniły ankietę konsultacyjną.

Różnica może wydawać się drobna, ale w rzeczywistości jest zasadnicza. „Zielonogórzanie” sugerują ogół mieszkańców miasta. „Uczestnicy ankiety” oznaczają 559 osób. Między jednym a drugim jest przepaść, mniej więcej taka jak między wyborami powszechnymi a kliknięciem w formularz, który akurat ktoś zobaczył w internecie. No ale „559 ankietowanych” nie brzmi tak majestatycznie jak „Zielonogórzanie”. Człowiek aż słyszy, jak gdzieś w tle specjalista od komunikacji społecznej poprawia sobie kołnierzyk.

Jeszcze ciekawsze jest to, że sam urząd w odpowiedzi wskazał, iż w przekazanych dokumentach nie występuje dosłowny cytat mówiący o „ponad 80 proc. Zielonogórzan”. Najbliższym wskaźnikiem odpowiadającym tej wartości ma być wynik odpowiedzi na pytanie dotyczące obszaru objętego restrykcjami. Według urzędu 448 z 559 osób, czyli nieco ponad 80 proc. ankietowanych, wskazało, że ewentualne ograniczenia powinny dotyczyć całego miasta.

I tutaj dochodzimy do sedna. Wskaźnik „ponad 80 proc.” nie odnosi się bezpośrednio do poparcia dla samego zakazu, lecz do odpowiedzi na pytanie, jakiego obszaru miasta powinny dotyczyć ograniczenia, jeżeli mają zostać wprowadzone. To subtelna, ale bardzo ważna różnica. Innymi słowy, co innego powiedzieć, że większość uczestników ankiety poparła wprowadzenie ograniczeń, a co innego sugerować, że ponad 80 proc. mieszkańców miasta opowiedziało się za zakazem. Pierwsze jest opisem danych. Drugie jest już narracją polityczną.

Nie chodzi tu o akademickie czepianie się słówek. W debacie publicznej liczby mają swoją wagę. Jeśli radni, urzędnicy albo komentatorzy mówią, że „ponad 80 proc. Zielonogórzan” popiera dane rozwiązanie, to budują wrażenie szerokiego, niemal bezdyskusyjnego poparcia społecznego. Taki komunikat ma zamknąć dyskusję: skoro „mieszkańcy chcą”, to kto będzie przeciw? Problem w tym, że z danych wynika coś o wiele bardziej ostrożniejszego: większość uczestników ankiety konsultacyjnej opowiedziała się za ograniczeniem, a około 80 proc. ankietowanych wskazało całe miasto jako obszar ewentualnych restrykcji.

To nadal ważny wynik, ale to nie jest to samo.
Inna rzecz, który wymaga uwagi, są sołectwa. W wypowiedziach publicznych pojawiła się sugestia, że w sołectwach głosy „podzieliły się po równo”. Tymczasem odpowiedź urzędu wskazuje, że 7 sołectw wydało opinię pozytywną, a 10 sołectw opinię negatywną. Po stronie pozytywnej znalazły się Barcikowice, Jany, Kiełpin, Krępa, Ługowo, Racula i Sucha. Po stronie negatywnej: Drzonków, Jarogniewice, Jeleniów, Łężyca, Nowy Kisielin, Ochla, Przylep, Stary Kisielin, Zatonie i Zawada.
To nie jest podział „po równo”. To jest przewaga opinii negatywnych w sołectwach. Oczywiście można dyskutować, ile osób uczestniczyło w poszczególnych zebraniach, jaka była frekwencja i czy opinia sołectwa oddaje rzeczywisty rozkład nastrojów mieszkańców. Ale na poziomie prostego zestawienia wynik brzmi: 7 za, 10 przeciw. Arytmetyka okazuje się okrutną dyscypliną psującą ładne narracje, znowu zrobiła swoje.

Do tego dochodzi jeszcze jedna istotna kwestia. Urząd poinformował, że konsultacje nie przewidywały kategoryzacji respondentów ankietowych z podziałem terytorialnym. Innymi słowy: ankiety nie dają precyzyjnej odpowiedzi, jak głosowali mieszkańcy poszczególnych części miasta. Jeżeli więc ktoś twierdzi, że w „starej Zielonej Górze” większość osób była za, trzeba zapytać: na podstawie czego dokładnie? Na podstawie ankiet? Jeśli ankiety nie miały podziału terytorialnego, to trudno z nich wyciągnąć taki wniosek. Na podstawie innych danych? W takim razie powinny zostać jasno wskazane.

Warto też zauważyć, że konsultacje formalnie były kierowane do wszystkich mieszkańców miasta, ale urząd przyznał, że w dokumentach nie sprecyzowano dodatkowych kryteriów wykluczających lub uprawniających poszczególne osoby do oddania głosu. Weryfikacja możliwości wielokrotnego głosowania miała być prowadzona na podstawie danych osobowych oraz adresów IP. To dobrze, że w ogóle przewidziano jakiś mechanizm kontroli. Ale nadal nie zmienia to charakteru całego procesu. To były konsultacje, nie badanie reprezentatywne i nie referendum.

Dlatego podstawowy problem nie polega na tym, że konsultacje były nieważne albo że wynik ankiet należy wyrzucić do kosza. Nie. Taki wniosek byłby przesadzony. Problem polega na tym, że wynik konsultacji powinien być komunikowany precyzyjnie. Zwłaszcza wtedy, gdy ma być podstawą do decyzji dotyczącej całego miasta.

Rzetelny komunikat powinien brzmieć zatem mniej więcej tak: w konsultacjach ankietowych udział wzięło 559 osób; 440 z nich poparło wprowadzenie nocnego ograniczenia sprzedaży alkoholu w wariancie bezwzględnym albo z wyjątkami; 448 osób wskazało, że ewentualne ograniczenia powinny dotyczyć całego miasta; wśród sołectw 7 wydało opinię pozytywną, a 10 negatywną.

To jest komunikat uczciwy. Suchy, mniej efektowny, ale prawdziwszy. Nie robi z ankiety internetowej głosu całego miasta. Nie miesza poparcia dla zakazu z odpowiedzią na pytanie o jego zakres terytorialny. Nie udaje, że 559 ankiet to to samo co stanowisko ponad stu tysięcy mieszkańców. Nudne? Być może. Ale administracja publiczna nie jest od produkowania politycznych fajerwerków, tylko od rzetelnego informowania mieszkańców.

Niesamowite, że trzeba to jeszcze przypominać.
Sprawa nocnej prohibicji może mieć swoje argumenty. Można mówić o bezpieczeństwie, porządku publicznym, ograniczeniu awantur, interwencji policji czy uciążliwości dla mieszkańców. Można też wskazywać kontrargumenty: przeniesienie zakupów na wcześniejsze godziny, wpływ na małych przedsiębiorców, problem obchodzenia zakazu, różnice między centrum miasta a sołectwami, a także pytanie, czy lokalne tradycje winiarskie powinny być wyłączane spod ogólnej zasady. To wszystko są tematy do normalnej debaty.

Ale normalna debata wymaga normalnego opisu danych. Jeśli liczba „80 proc.” zaczyna żyć własnym życiem, trzeba ją zatrzymać i zapytać: 80 proc. kogo? W jakim pytaniu? W jakiej ankiecie? Przy jakiej liczbie odpowiedzi? W jaki sposób weryfikowanej? Bez tych pytań konsultacje społeczne stają się nie narzędziem partycypacji, lecz dekoracją pod wcześniej przygotowaną decyzję. A wtedy mieszkańcy nie są współuczestnikami procesu, tylko statystycznym tłem do komunikatu prasowego.

W tej sprawie urząd, odpowiadając na wniosek o informację publiczną, dostarczył danych, które pozwalają oddzielić fakty od narracji. A fakty są takie: większość uczestników ankiety poparła ograniczenie. Większość ankietowanych wskazała całe miasto jako obszar ewentualnego zakazu. Sołectwa były podzielone, ale liczbowo więcej sołectw wydało opinię negatywną niż pozytywną. Ankiety prawie w całości wypełniono online. Brak było podziału ankietowanych według części miasta.
I dopiero na tej podstawie można poważnie rozmawiać o projekcie uchwały. Nie na podstawie ładnie brzmiącego hasła o „ponad 80 proc. Zielonogórzan”.

Bo jeśli władza chce ograniczać sprzedaż alkoholu w nocy, powinna mieć odwagę powiedzieć wprost: opieramy się na wynikach konsultacji, w których udział wzięło 559 ankietowanych, stanowiskach sołectw, opinii służb i instytucji oraz własnej ocenie problemu. To byłoby uczciwe. Mieszkańcy mogliby się z tym zgadzać albo nie, ale przynajmniej wiedzieliby, o czym rozmawiają.

Najgorsze, co można zrobić, to przykryć skomplikowany wynik konsultacji jednym zdaniem, które brzmi dobrze, ale zaciera sens danych. Bo wtedy z konsultacji społecznych zostaje tylko rytuał: formularz, raport, konferencja, uchwała. A potem wszyscy udają, że odbył się głęboki dialog z mieszkańcami. Jak zwykle, papier wszystko przyjmie. Nawet demokrację w wersji ankietowej.